Słuchając dzisiejszej Ewangelii, przenosimy się w wyobraźni do początków działalności Jezusa Chrystusa. Z ust samego Mistrza dowiadujemy się, po co przyszedł na świat, w jakim celu nauczał i kto Go posłał.

Na początku drogi wyznaczamy sobie cele, określamy misję, z którą jest ona związana. Kiedy ludzie zakochują się w sobie i chcą razem iść przez życie, zaczynają snuć plany: kiedy przyjdzie na świat pierwsze, drugie czy trzecie dziecko, kiedy rozpoczną nową pracę czy zmienią mieszkanie. Gdy rozpoczynamy coś nowego, jest jakaś wizja, jakiś plan.

Gdy wracamy do początków pontyfikatu św. Jana Pawła II, możemy uświadomić sobie bardzo ważną, fundamentalną prawdę: papież za jeden z głównych celów swojej posługi uznał troskę o uczynienie ze wszystkich wierzących autentycznych świadków Jezusa Chrystusa. 22 października 1978 roku, a więc na samym początku papieskiej drogi, mówił: „Nie lękajcie się! Nie bójcie się przygarnąć Chrystusa i przyjąć Jego władzy; pomóżcie papieżowi i wszystkim tym, którzy pragną służyć Chrystusowi, służyć człowiekowi i całej ludzkości”.

Kiedy słucha się różnego rodzaju programów radiowych i telewizyjnych, gdy obserwuje się wiele nieprawości w naszych rodzinach, sąsiedztwie, środowiskach młodzieżowych, zakładach pracy, trzeba powiedzieć, że na ten papieski apel nie odpowiadamy pozytywnie. Można raczej zauważyć tendencje do przyjmowania postawy, która przejawia się w słowach apelu: „Uwaga! Nadchodzi Chrystus, zamykajcie drzwi! Będą z tego same problemy. Trzeba będzie postępować według przykazań Bożych, a to tak niewygodne. Łatwiej przecież kraść, nie modlić się czy kłamać!”. Dzisiaj potrzeba powrotu do źródeł.

Znany psycholog Erich Fromm pisał przed laty: „To, za czym dzisiaj tęsknią ludzie, to osobowości posiadające mądrość i przekonania oraz odwagę postępowania zgodnie ze swoimi przekonaniami”. Dla nas, ludzi wierzących, słowa, które wypowiedział św. Paweł w drugim czytaniu: „Wy jesteście Ciałem Chrystusa”, oznaczają właśnie postępowanie odpowiadające wezwaniu Boga i współczesnego, zagubionego człowieka. Potrzeba nam bowiem świadków Dobrej Nowiny w naszych domach, szkołach, zakładach pracy. Należy więc w dniu dzisiejszym zapytać, co wynika z faktu, że jestem „Ciałem Chrystusa”, co to znaczy, że jestem katolikiem. Jakie są tego konsekwencje w moim życiu?

Pierwszą konsekwencją tego wezwania jest świadectwo. Nie ma bowiem prawdziwej wiary bez potwierdzenia jej czynem, konkretnymi wyborami. Przed wielu laty jeden z zakonników pracujących w Związku Radzieckim postanowił przywieźć do Polski grupę młodych ludzi, aby pokazać im autentyczną wiarę polskiej młodzieży. Chciał udowodnić podopiecznym, że wiara nie stoi w sprzeczności z radością czy nowoczesnością. Młodzi Rosjanie mieli zobaczyć młodość mającą prawa, a jednocześnie pełną rozmodlenia i prawdziwej miłości. Przyjechali więc do jednego z polskich miast i już na dworcu kolejowym ujrzeli dwóch całkowicie pijanych nastolatków leżących na ławce. Widok normalny, ponieważ w całej Europie wielu młodych ludzi się upija. Jednak obserwatorów zaniepokoił inny fakt. Obaj pijani mieli zawieszone na szyi duże krzyżyki: symbol ich wiary i moralności. Czy to był symbol? Może raczej amulet albo tradycyjna oznaka, ozdoba. Młodzi Rosjanie szybko wrócili do swojego kraju, a religijność kojarzy im się z hipokryzją, niekonsekwencją i z jakąś tradycją.

Potrzeba świadectwa miłości, przebaczenia, konsekwencji w postępowaniu także wtedy, kiedy nikt nie widzi naszych czynów. Łatwo bowiem przychodzą słowa lub czyny spektakularne, na pokaz. Trudniej być konsekwentnym w imię niezmiennych zasad, jakie wyznajemy.

Kiedy słyszymy, że jesteśmy Ciałem Chrystusa, oznacza to również utożsamienie się z Kościołem. Chodzi więc o pewien rodzaj afiliacji. Jesteśmy odpowiedzialni za cały Lud Boży. Niestety, w obecnych czasach panuje moda na antyklerykalizm, liberalizm w poglądach. Iluż można spotkać studentów, którzy twierdzą, że teraz bycie człowiekiem wierzącym jest pewnego rodzaju wstecznictwem. Dla wielu wiara sprowadza się do niedzielnej Eucharystii. A przecież religijność to nie tylko „zaliczenie” świątecznego nabożeństwa czy przeznaczenie jakiejś kwoty na składkę. Utożsamianie się z Kościołem, a więc trwanie we wspólnocie pogłębiającej religijność, oznacza solidarność, świadomość powołania. Mamy konkretne zadanie w Kościele: aby każdy, kto popatrzy na nasze życie, nie zgorszył się, ale dostrzegł Chrystusa.

Istnieje jeszcze jedna (choć nie ostatnia) cecha, która powinna wyróżniać katolików wśród ludzi. Jak słyszeliśmy w pierwszym czytaniu: „Radość w Panu jest ostoją waszą”. Prawdziwy chrześcijanin – głęboko wierzący i ufający Bogu – to człowiek przepełniony radością. W jego życiu nie ma miejsca na rozpacz, smutek i beznadzieję, ponieważ ma on pewność, że Bóg go nie zostawi. Ta radość katolików powinna być związana w szczególny sposób z rzeczywistością, którą nazywamy domowym Kościołem. Jest to radość przebywania z najbliższymi. Niestety, nie zawsze o tym pamiętamy. Istnieje wiele rodzin, w których – po ludzku sądząc – nie brakuje niczego: posiadają fantastycznie urządzone mieszkanie, ekskluzywne meble, sprzęt najwyższej jakości. Brak w nich jednego: radości z przebywania ze sobą, radości zamieszkiwania pod jednym dachem. Nic człowieka nie będzie cieszyć, jeśli nie zadba on o atmosferę domowego Kościoła. Kiedy zatem mówimy o sobie, że jesteśmy Ciałem Chrystusa, czyli chrześcijanami, katolikami, musimy zadbać o ten najmniejszy Kościół, czyli nasz własny dom. Jeżeli będziemy dla siebie bardziej życzliwi, lepsi, jeśli zadbamy o drugą osobę, będziemy starali się ją zrozumieć, to będzie mniej łez i smutku. I nawet wtedy, gdy przygniotą nas wielkie krzyże, łatwiej je zniesiemy, bowiem wraz z Bogiem, który nas wspiera, będą z nami najbliżsi – solidarni z nami!

Weźmy zatem w dniu dzisiejszym do serca te słowa: „Wy jesteście Ciałem Chrystusa”. One nas zobowiązują, i to nie tylko do niedzielnej Eucharystii.

ks. Janusz Mastalski (źródło: http://www.ekspreshomiletyczny.pl)