Dzisiaj dość powszechnie wszystko przelicza się na pieniądze. Trudno się temu dziwić, skoro w dobie kryzysu finansowego pieniądze to pierwszorzędny temat doniesień prasowych, dyskusji telewizyjnych i rozmów w gronie rodziny czy przyjaciół. Wtedy też człowiek niemal na każdym kroku robi kalkulację zysków oraz strat i pyta: Czy to się opłaca? Co mi to da?

Z takim samym zjawiskiem można spotkać się także w odniesieniu do praktyk religijnych. Niedawno w dyskusji na temat świętowania uroczystości Objawienia Pańskiego – czy ma to być dzień wolny od pracy, czy nie – pojawiały się także argumenty natury ekonomicznej. W środkach masowego przekazu raz po raz pojawiało się pytanie: Ile stracimy na kolejnym dniu wolnym od pracy? Ile pieniędzy mniej wpłynie do budżetu z powodu uroczystości Objawienia Pańskiego? Także w kontekście zwyczajnych praktyk religijnych ludzie stawiają sobie pytania: A co mi da modlitwa? A co mi da Msza Święta niedzielna?

A gdyby te same pytania postawić w odniesieniu do mędrców ze Wschodu? Czy opłaciła się im trwająca być może i miesiące wyprawa do Betlejem? Gdyby jeszcze pojechali np. do jakiegoś kurortu nad Jeziorem Galilejskim albo do pałacu Heroda, by pławić się w królewskich luksusach… Tymczasem udali się do Betlejem – najmniejszego wśród plemion judzkich (Mi 5,1), aby tylko pokłonić się Dziecku. Podróż kosztowała ich wiele wysiłku – nie tylko fizycznego; musieli bowiem poświęcić czas i ponieść koszta materialne. Do tego jeszcze nie pojechali do Betlejem z pustymi rękami. Dlaczego więc tyle zainwestowali? Co zyskali w zamian?

Najpierw wypada zauważyć, iż mędrcy wiedzieli, dla kogo to czynią. Wybrali się w drogę, by zobaczyć nowo narodzonego króla żydowskiego. Być może po drodze usłyszeli w Jerozolimie o proroctwie zapowiadającym narodziny władcy, który będzie pasterzem ludu Izraela (Mt 2,6). Same dary świadczą również o tym, że spodziewali się stanąć przed prawdziwym królem. Nie można bowiem było udać się na audiencję do króla bez podarunków odpowiadających jego majestatowi. Ponadto dary przywiezione przez mędrców wydają się być dość dziwne zważywszy na to, że Król jest jeszcze małym dzieckiem. Złoto, kadzidło i mirra to nie zabawki.

Jak zauważył św. Leon Wielki, z darów wynika, iż mędrcy wiedzieli, kim jest odwiedzany przez nich mały Chłopiec:

kadzidło ofiarują Bogu,

mirrę – poddanemu śmierci Człowiekowi,

złoto Królowi.

Św. Ireneusz również dostrzega w darach uznanie prawdy o nowo narodzonym Dziecięciu:

przez złoto mędrcy uznają w nim Króla,

przez kadzidło – Boga,

a poprzez mirrę – Cierpiącego Odkupiciela.

Temu to Dziecięciu oddają pokłon.

I co otrzymują w zamian?

Na pierwszy rzut oka – nic! To Dziecko nie mówi im nawet Dziękuję. Jest przecież zbyt małe, żeby używać języka. Ewangelia nic nie mówi o tym, że wyjechali bogatsi pod względem materialnym, że poprawiła się ich kondycja fizyczna czy prestiż społeczny. Dla nas – ludzi dobrze poinformowanych o kryzysie w strefie euro oraz o polskiej dziurze budżetowej, a także przejętych bezrobociem i zamrożeniem płac – podróż mędrców do Betlejem wygląda na całkowicie nieopłacalną…

Tymczasem ich serca wypełnia radość.

Jak to możliwe? Co może być jej przyczyną?

Sam Bóg! Mędrcy odnaleźli Boga! W Jezusie objawił im się Król, do którego wszystko należy, Bóg, który cały wszechświat z miłości powołał do istnienia i który tak kocha swoje stworzenie, że gotów jest dla niego ogołocić samego siebie, przyjmując postać sługi, stając się podobnym do ludzi (Flp 2,7).

W Jezusie znaleźli Pasterza, któremu oddają cześć i któremu się poddają.

To On jest ich Panem i jak niewolnicy upadają przed Nim na twarz, aby powierzyć Mu całych siebie.

Radują się, gdyż w Jezusie odnaleźli największy skarb swojego życia (Mt 13,44).

On sam jest nagrodą za poniesione trudy i koszta w wędrówce za gwiazdą do Betlejem.

A my? Jak mędrcy przybywamy dzisiaj do Betlejem. I co nam to da, że wraz z nimi oddajemy hołd Jezusowi i uznajemy w Nim Boga i Króla, naszego Pana?

Gdy jako mały chłopiec zachorował na paraliż dziecięcy, rodzice usłyszeli, że dziecku pozostał tydzień życia. Poszli z nim do kościoła, by oddać syna Bogu: On do Ciebie należy! W Twoich rękach jest jego los! I nie sprawdziła się przepowiednia lekarzy. Mimo trudności z poruszaniem się chłopiec żył, stał się mężczyzną, zawarł związek małżeński, założył rodzinę. Wiele lat spędził pomiędzy czterema ścianami – przyczepiony do aparatu, który wspomagał oddychanie. Mięśnie odpowiedzialne za oddychanie dotykał paraliż. Czasem nie był w stanie powiedzieć słowa. Gdy trochę nabrał sił, słychać było, jak powtarza z uśmiechem: Jezus, Jezus. W przypływie mocy powiedział kapłanowi, który przyszedł do niego z Komunią: Gdy nie byłem w stanie mówić i oddychać, jedno mnie podtrzymywało: Należę do Boga, On jest moim Panem i jemu się powierzam w mojej chorobie! Wołałem do Boga w moim nieszczęściu i odpowiedział mi: Słuchaj, synu, nie ma niczego, z czym ja i Ty – My nie moglibyśmy sobie poradzić!

Co mi da oddawanie czci Bogu? Co mi da Msza Święta? Tak jak dzisiaj – Bóg ukazuje mi się jako Król i Pan całego wszechświata. W Jego ręku jest cały mój los. On objawia mi siebie, abym znalazł w Nim pełnię radości, bezpieczeństwo i siłę. Niech nigdy nie ogarnie mnie zwątpienie w to, jak wielki to dar! Obym zawsze był gotowy spieszyć na spotkanie z Jezusem – największym skarbem człowieka.

 

o. Ryszard Hajduk CSsR (źródło: http://www.slowo.redemptor.pl)