Zatwardziałość serc nie jest wyłącznie cechą pokoleń współczesnych Mojżeszowi czy Jezusowi. Cała historia zbawienia zapisana w Biblii jest świadectwem, że bez wyjątku wszyscy ludzie są dotknięci tym schorzeniem, choć w większości nie chcą być tego świadomi. Ale z drugiej strony u wielu osób istnieje przekonanie, że jakaś przemiana jest konieczna. Zdumiewają mnie rodziny, które praktykując sporadycznie lub prawie wcale, kiedy wybierają lektury biblijne na chrzest swego dziecka bardzo często chcą, aby proklamowano proroka Ezechiela, który obiecuje, iż Bóg usunie z naszych ciał serca kamienne, a da nam serca z ciała, zdolne kochać, zdolne do wrażliwości. Każde pokolenie ma serca zatwardziałe, kamienne. Dopiero pełnia czasów, Jezus, przynosi nadzieję na rozwiązanie tego problemu. Tajemnica Krzyża jest prawdziwym „zmiękczaczem” serc.

Dlaczego Jezus nie pozwala na uświęcony tradycją i prawem Starego Testamentu rozwód? Prawo mówiło: „Jeśli mężczyzna poślubi kobietę i zostanie jej mężem, lecz nie będzie jej darzył życzliwością, gdyż znalazł u niej coś odrażającego, napisze jej list rozwodowy, wręczy go jej, potem odeśle ją od siebie.” Przecież to logiczne, po co się męczyć? Jedyną rzecz, o którą należałoby uzupełnić to prawo, to w duchu równości płci dopisać: „ … podobnie, jeśli kobieta znajdzie w swoim mężu coś odrażającego …”. Ale zamiast iść z duchem czasu, Jezus nie chce zrozumieć naszych skomplikowanych czasów i prawa do osobistego szczęścia. Nie mam zamiaru bronić Boga przed atakami modernistów i feministek. Kościół posoborowy dogłębnie wyjaśnia i nieustannie głosi teologię małżeństwa.

Medytowana Ewangelia daje mi natomiast inne światło: Bóg jest moim mężem! Nie jesteśmy przyzwyczajeni do podobnych zdań w ustach księży, mężczyzn, ale to jest podstawowa prawda dzisiejszego Słowa. Bóg mnie poślubił, ukochał odwieczną miłością, pragnął być umiłowanym przyjacielem, wpierw, zanim moi rodzicie się spotkali. To dlatego Bóg odmawia sobie prawa do rozwodu. On mnie poślubił i nigdy nie wyrzeknie się tej miłości. Już Izajasz to ogłasza: „Tak mówi Pan: Gdzie ten list rozwodowy waszej matki, na mocy którego ją odprawiłem?” Przecież On nieustannie znajduje we mnie coś odrażającego. Egoizm, przemoc, rywalizacja. Jak można kochać bezwzględną miłością kogoś takiego jak ja? A jednak Bóg nie odsyła mnie „do domu.” On pozostaje wierny nawet w obliczu mojej największej niewierności.

Małżeństwo w czasach Starego Przymierza było nastawione na budowanie trwałych zrębów społeczeństwa. Stąd posiadanie licznego potomstwa jest warunkiem przetrwania, a w świetle wiary jest także znakiem Bożego błogosławieństwa. W tym kontekście rozumiemy doskonale poczucie nieszczęścia Abrahama czy Anny, matki Samuela. Model społeczny tamtej epoki przypisuje mężczyźnie prawo do licznego potomstwa. Jeśli z jakichś powodów („coś odrażającego”) mężczyzna nie otrzymuje tego, czego pragnie, odsyła kobietę do domu i szuka innej. W kontekście epoki zrozumiałe. Serce kamienne domaga się swoich praw i chce także wymóc je na Bogu. Dopiero Jezus przynosi możliwość dopełnienia odwiecznego Bożego projektu dla kobiety i mężczyzny. Ten projekt to miłość na obraz miłości Boga do człowieka.

Bez Chrystusa nigdy nie zrozumiemy tajemnicy miłości Boga, który jest nam wierny, nawet wówczas, kiedy nasze życie jest kompletnie bezpłodne. I dlatego nie ma rozwodu. Dla mojego Męża liczy się nie to, co ja mogę Mu dać, ale to, co On mi ofiarowuje. Ekonomia zasług i użyteczności jest zastąpiona ekonomią daru. Ale tego daru nie uczynimy własnymi siłami. Tylko Bóg w nas może to sprawić. Dlatego brak dzieci, bezpłodność małżeńska, systematycznie wypalające się emocje i wzruszenia we wzajemnej relacji, chropowatość charakteru, która z czasem staje się coraz bardziej nieznośna, poczucie przegranej, nawet zdrada nie są wcale powodem dla rozwodu. Ponieważ Bóg nie chce się ze mną rozwieść, dla wszystkich małżonków, których powołaniem jest objawić Jego miłość, także nie przewidział rozwodu.

W Bożym planie nie ma miłości i daru, które byłyby nieużyteczne. Nawet jeśli w ludzkim doświadczeniu uznajemy, że dalsza walka o utrzymanie małżeństwa nie ma sensu, że przecież „prawo do szczęścia”, „każdy kowalem swego losu”, … etc. Małżeństwo i rodzina zbudowane na darze ze swojego życia nie są dla Boga nieużyteczne. To one objawiają prawdziwą naturę miłosnego związku Boga z ludzkością, naturę małżeństwa, które Bóg zawarł ze mną. Taka miłość jest pełna duchowej płodności, jak pisał Paweł, jest „rodzeniem w Chrystusie Jezusie” dla życia wiecznego. W świetle tak rozumianego małżeństwa dziewictwo i celibat nabierają swojego blasku, nie są ani czymś lepszy, ani gorszym wobec małżeństwa kobiety i mężczyzny, gdyż są wyrazem tej samej, jedynej miłości, która pragnie ofiarować siebie drugiemu.

ks. Maciej Warowny (źródło: http://www.sfd.kuria.lublin.pl)