„Jezu, Synu Dawida, ulituj się.” Mk 10, 47

Przyglądając się dzisiejszemu fragmentowi Ewangelii, nie sposób nie zauważyć, że niewidomy żebrak Bartymeusz jest typowym przykładem człowieka, który wytrwale modli się o uzdrowienie. On czyni to słowami: „Jezu, Synu Dawida, ulituj się” (Mk 10). W tym konsekwentnym krzyku ślepca możemy odnaleźć współczesnego człowieka, który powinien wytrwale modlić się o przejrzenie, a więc o zobaczenie tych wartości w świecie, które są najważniejsze. Chodzi o uzdrowienie ślepoty, czyli nieumiejętności odróżniania zła od dobra. Trzeba więc przyglądnąć się podstawowym wymiarom modlitwy wytrwałej. Aby stała się ona prawdziwą modlitwą, należy przyjąć kilka postaw będących przejawem stanu duszy, serca i umysłu.

Pierwszą cechą takiej modlitwy jest wiara w Boga. Na modlitwę trzeba stawać z wiarą. Jest ona zdolnością daną nam przez Boga, byśmy kierowali się usłyszanym Jego słowem, które nigdy nie kłamie. Na mocy tej łaski możemy pójść za tym słowem, a nie tylko za własnymi odczuciami, uprzedzeniami, przesądami czy opiniami innych ludzi. To Pan jest inicjatorem tych spotkań, jakiekolwiek by one nie były. Jest w nich obecny wcześniej od nas i pragnie ich bardziej niż my sami.

Drugą cechą prawdziwej modlitwy pełnej wytrwałości jest pragnienie Boga. Spotkamy Pana, kiedy zapragniemy Go tak jak powietrza, jak pokarmu. O to pragnienie trzeba się ciągle modlić, bowiem jest ono łaską, którą raz uzyskawszy, człowiek musi pomnażać.

Trzecią cechą wytrwałej modlitwy jest całkowite oddanie. Nie wolno stawać przed Bogiem i mówić Mu: wszystko tylko nie to. Taka postawa przeszkadza w spotkaniu z Jezusem. Bóg nie oczekuje od nas nadludzkich wysiłków. Chce jedynie, abyśmy byli uczciwi wobec siebie i wobec Niego. Mając świadomość swoich ograniczeń, powinniśmy prosić, abyśmy przyjęli każdą wolę Bożą.

Czwartą cechą rozważanej przez nas modlitwy jest ofiarność. Wytrwała modlitwa nie jest rzeczą łatwą. Wcześniej czy później doświadczamy wewnętrznego oporu, zniechęcenia, znudzenia, a nawet strachu. Przecież nawet św. Teresa z Ávila miała takie okresy w życiu, kiedy musiała się zmuszać, aby wejść do kaplicy. Modlitwa jest często wymagającym ćwiczeniem. Sam Bóg, którego spotykamy, zaczyna sprawiać, że widzimy się takimi, jakimi jesteśmy. A to nie zawsze jest przyjemne.

Kolejną cechą wytrwałej modlitwy jest pokora. Polega ona na cichej akceptacji najgłębszej naszej niegodności, na całkowitym zaufaniu Bogu. Bez Niego nic uczynić nie możemy. Człowiek pokorny akceptuje to, że jest tylko marnym stworzeniem, nie musi grać na modlitwie ani przed sobą, ani przed Bogiem.

Szóstą cechą wytrwałej modlitwy jest wierność. Nie jest to jednorazowy akt. To proces, który im bardziej jest dynamiczny, tym mocniej fascynuje. Modlitwa powinna człowieka „wciągać”, i to niezależnie od efektów dostrzeganych przez modlącego się.

I wreszcie siódmą (na pewno nie ostatnią) cechą modlitwy wytrwałej jest czysta intencja. Kto poszukuje siebie na modlitwie, szybko porzuci spotkania z Bogiem, gdy tylko staną się nudne, schematyczne, trudne czy niezgodne z oczekiwaniami.

Tylko wytrwała modlitwa może wydać trwałe owoce. Są to poszczególne dary, o które mamy prosić dla siebie i dla innych. Pierwszym zaś owocem autentycznej modlitwy jest to, że sami zaczynamy się przemieniać pod jej wpływem.

Ojciec D. Wider, pisząc kiedyś o modlitwie wytrwałej, tak pouczał czytelników:

Święty Jan Chryzostom, omawiając całe wydarzenie z Kananejką oraz jej wytrwałość w proszeniu, daje zachętę: „Nie ustawaj w proszeniu, aż otrzymasz: u końca prośby jest dar otrzymania”. Potem zaś, podejmując temat, że wielu prosi, a nie otrzymuje, dodaje: „Wielu wchodzi do kościoła i robią to wiele razy, a nie wiedząc, co mówili, ruszają wargami, a sami nie słyszą. Ty sam nie słyszysz swojej prośby, a chcesz, by Bóg usłyszał. Ciało twoje było w kościele, a myśl na zewnątrz”. Pierwsza jego wypowiedź wyraziście mówi o wytrwałości w modlitwie, druga natomiast, jakkolwiek ukazuje pewną wytrwałość w zanoszeniu prośby, wyjaśnia jej bezskuteczność spowodowaną bezmyślnością, brakiem należnej uwagi na modlitwie. Także na ten temat wypowiada się św. Ambroży: „Modlić się oznacza wołać całym sercem. Nasze serce woła nie głosem ciała, lecz wzniosłością myśli, przy wtórze cnót. Wielkie jest wołanie wiary. W duchu przybrania za dzieci wołamy: Abba, Ojcze! i Duch Święty woła w nas. Naszym głosem jest sprawiedliwość, czystość... Kiedy się modlisz, proś o wielkie rzeczy, tj. o rzeczy wieczne, a nie o przemijające. Nie módl się jedynie o pieniądze, bo rdzą tylko są... Taka modlitwa nie dochodzi do Boga”. Do omawianego przymiotu modlitwy, wytrwałości, odnoszą się słowa mówiące o modlitwie cnót. Cnota jest trwałym przyzwyczajeniem. Dlatego prośba poparta sprawiedliwością, czystością, innymi cnotami, dochodzi do Boga. Święty Ambroży, jakby nawiązując do słów z Listu św. Jakuba (Jk 4), mówi: „Modlicie się, a nie otrzymujecie, bo się źle modlicie” . Można tu dorzucić stwierdzenie Chrystusa skierowane do Jana i Jakuba: „Nie wiecie, o co prosicie” (Mt 20).

Na koniec niech każdy zapyta siebie o jakość swojej modlitwy. Czy potrafimy – jak Bartymeusz – wołać, błagać, modlić się wytrwale w potrzebie?

ks. Janusz Mastalski (źródło: https://www.ekspreshomiletyczny.pl/)