Karol miał bardzo dobrą pracę. Zarabiał dużo pieniędzy, żył w luksusie i swobodzie. Na wszystko było go stać. Zapytacie pewnie, a cóż on robił. Jaką miał pracę? Był maklerem giełdowym. Dziennie mógł zarobić nawet 300-900 złotych! Tak! Zarabiał dziennie tyle pieniędzy, ile wynosi miesięczna emerytura w Polsce! Jego koledzy z biura zarabiali podobnie. Pobudowali sobie domy z basenami, kupili luksusowe samochody... stać ich było na wszystko. Nie trwało to jednak długo. Przyszedł bowiem krach na giełdzie. Ceny dolarów spadały z godziny na godzinę. Euro szło w górę… Zamiast zarabiać, Karol zaczął tracić. Sto tysięcy, dwieście, pół miliona… aż w końcu stał się bankrutem. Nie miał nic. Ani domu z basenem, ani mercedesa! Pomyślał: „Przecież z kolegami znamy się od szkoły średniej, może pomogą przeczekać kryzys, pożyczą pieniądze na życie, na giełdę”. Oni jednak mówili: „Nie pożyczę, bo sam mam mało… straciłem 2,5 miliona... Sorry!”. Tak każdy zbywał Karola. Mężczyzna kompletnie się załamał. Pewnego dnia, gdy szedł w kierunku rzeki z zamiarem utopienia się, zobaczył go pewien bezdomny człowiek. Karol musiał wyglądać niezwykle szokująco, skoro podszedł do niego ów bezdomny i zagadnął: „Człowieku, co cię gryzie? Nie masz gdzie mieszkać? Chodź ze mną – pomogę ci”. Karol bezwiednie poszedł za nieznajomym… spędził z nim kilka dni, powoli zaczął zyskiwać siły duchowe. Pomyślał: „Ludzie mieli jeszcze gorzej i się nie poddali. Ja też się nie poddam! Zacznę od nowa! Boże, bądź ze mną!”. I powolutku, krok po kroku, miesiąc za miesiącem, wychodził z beznadziejności. Zbierał puszki, makulaturę, złom… tak jak inni bezdomni. Zarobił parę groszy i wynajął skromne mieszkanko. Zdobył pracę – sprzątał sklep. Pomagał po godzinach w załadunku mebli… aż kiedyś otworzył firmę zajmującą się skupem surowców wtórnych, aby pomagać swoim przyjaciołom – bezdomnym.

Zwróćmy uwagę na to, że nie pomogli mu koledzy z branży, a pomógł mu ktoś zupełnie obcy! Ileż to razy w naszym życiu stało się tak samo. Ci ludzie, na których liczyliśmy, zawiedli. A inni, po których nie spodziewaliśmy się właściwie niczego, stali się naszymi przyjaciółmi – ponieważ pomogli nam w największej biedzie.

Dzisiejsza Ewangelia mówi o tym w sposób niezwykle barwny i obrazowy. Samarytanin pomaga poszkodowanemu przez zbójców człowiekowi. Inni, o których mówi Biblia, nie pomagają. On opatruje rannego, zapewnia mu schronienie i pożywienie. Daje bliźniemu to, czego potrzebuje do życia.

Bywa, że to nie my potrzebujemy pomocy od innych, ale od nas ktoś jej potrzebuje i o nią prosi. Jakże często sami zamykamy wówczas serca na potrzeby biednych. Mijamy ich obojętnie. A to człowiek woła swoją biedą, prosząc o nasze wsparcie.

I powiem, że każdy może i powinien pomóc! Może nie chodzi tu o rzeczy materialne – choć czasem trzeba także i w ten sposób pomagać – ale ważniejsza jest pomoc duchowa. Człowiek – każdy z nas – jest biedny i nędzny, bo wszyscy jesteśmy grzeszni. Dlatego wszyscy potrzebujemy pomocy od miłosiernego Ojca. On nas ubogaca łaskami i dobrami. My mamy wzajemnie sobie pomagać naszymi modlitwami. Modląc się za innych, pomagamy im, wypraszając potrzebne łaski.

Dobrze się składa, że teraz uczestniczymy w najdoskonalszej modlitwie Kościoła – w Mszy Świętej. Pomyślmy o tym człowieku, który powinien być przez nas otoczony modlitwą. Może jest to chory ojciec lub matka. Może to syn albo córka. Może wnuk albo wnuczka… nie mówiąc już o sąsiadach czy teściowych. W czasie tej liturgii ich wszystkich ofiarujmy miłosiernemu Bogu. Prosząc dla nich o poprawę, o uzdrowienie, o nawrócenie.

Niech każdy z nas stanie się solidarny z tym bliźnim, który jest słaby, grzeszny, zagubiony. Pomagajmy innym, bo kiedyś to my będziemy potrzebowali pomocy. Jeśli my innym pomożemy, to i inni nam pomogą.

ks. Bogdan Zbroja (żródło: http://www.ekspreshomiletyczny.pl)